Poniedziałek. Mam samochód z pustym bakiem i bez przeglądu. Wrrr! Czy to znaczy tyle co: "Siedź babo w domu!"?
Wstyd się przyznać, ale na przeglądzie nigdy nie byłam. Bo i po co? W końcu to męska rzecz miała być w tym domu. Mój mąż tymczasem postanowił nie zawracać sobie głowy takimi bzdurami.
W zeszłym roku rezultat tej niezawracanej głowy to 3 miesiące jazdy na waleta.
W tym roku 3 dni.
Oświeciło babę więc wsadza tyłek za kierownicę i jedzie na stację kontroli pojazdów.
Brrruuuuuuum...
Ale że baba potrzebuje wspieraczo-oklaskiwacza, dzwoni po ciotkę.
- Halo ciotka. Zbieraj się. Jedziemy badać auto. Przyda mi się wsparcie!
Jedzie baba z ciotką na stację kontroli pojazdów. Brruuuum...
Stacja jest tam gdzie była. Tylko droga jakaś nie ten tego. Objazdy, remonty, remonty, objazdy i żółta tablica na horyzoncie "wjazd".
-Ciotka! Gdzie mam wjeżdżać?? Przecież tu się nie da!
-Dawaj przez ten próg!
-Nie zdążę! Za mną jedzie tir!...K...
Pierwsze podejście nieudane. Po wypowiedzeniu wszystkich znanych przekleństw baba i ciotka postanawiają zrobić kółko i spróbować jeszcze raz zmierzyć się z tajemniczym wjazdem.
-Myślisz, że dam radę przez ten próg?
-Dawaj, tylko powoli.
Za babą nic nie jedzie. Co za ulga. Drugie podejście udane.
Stawiam auto 3 metry przed kanałem. Podchodzi miły starszy pan.
-Przeglądzik?
-Eee, przegląd. Tak, tak.
-Dowodzik proszę.
Buszuję w torebce i po minucie wyciągam dowód rejestracyjny.Dobra nasza, nie wyciągnęłam dowodu osobistego.
-Proszę.
-Dziękuję. A teraz proszę wsiąść do samochodu i opuścić szybę.
Pan pofatygował się za samochód i czeka.
Wsiadam, naciskam na guziczek i nic. O nie, zepsuło się. Nie chce się otworzyć! Naciskam z szybkością kałasznikowa jeszcze 15 razy. Nic. I co teraz? A może by tak śrubokrętem? Albo drzwi uchylę? Pan zaczyna iść w moim kierunku. I nagle mnie oświeciło. Przekręć babo kluczyk w stacyjce! Przekręcam, naciskam guziczek, szyba opada, pan patrzy...
-Spokojnie proszę pana, musiałam przekręcić kluczyk, to trochę trwa.
-No dobrze. Proszę włączyć światła pozycyjne...mijania...prawy migacz...lewy...światła przeciwmgielne przednie i tylne, aaa, co? gdzie to jest? nie jeżdżę w czasie mgły to nie wiem...
-przepraszam, a gdzie są te światła?
Rozbawiony pan podchodzi, czymś tam kręci, coś sprawdza to z tyłu to z przodu. Kurde a myślałam, że tego lepiej nie ruszać. Potem pikuś. Hamulec nożny, ręczny, bieg wsteczny i takie tam.
-Teraz proszę otworzyć maskę.
Cholera, gdzie to się otwierało? Gdzieś tu musi być coś do pociągnięcia. Wiem. W skrytce. Otwieram skrytkę, szukam...nic. No przecież to musi tu być!!! Ciotka zwiesza się przez moje plecy, gmera pod kierownicą i krzyczy:
-To musi być gdzieś tu!
Powstrzymujący parsknięcie pan podchodzi, otwiera drzwi i ciągnie za coś czarnego przy progu koło mojej nogi. Pyk. Maska w górę. Aaaa, tu to jest.
Myślę sobie. Gorzej być nie może, chyba że pan pęknie ze śmiechu i napaskudzi mi na tę maskę...o nie. To chyba jakiś żart. Mam wjechać na kanał?
Pan widząc przerażoną minę baby sam usiadł za kierownicą z ciotką po prawicy i na kanał wjechał.
Stoję sobie, patrzę, a tu kałuża. Przed chwilą tam stał mój samochód. Schylam się, badam wzrokiem ciecz...hmm, wygląda mi to na wodę.
-Coś cieknie? - woła pan
-Nie, nie. To już tam było.
-Raczej cieknie.
-Nie, nie. To tylko woda. Na pewno nie z mojego.
-Nic takiego. Klimatyzacja.
-Czyli to normalne?
-Tak
-Ja tam się nie znam.
Całe szczęście. Bo myślałam, że z pieczątki w "dowodziku" nici. Ale skoro to normalne...
Pan coś tam jeszcze posprawdzał, wyprowadził samochód i zaprosił do biura. Zapłaciłam. Pieczątka jest? Jest!
-Dziękuję, do widzenia.
-Proszę bardzo. Zapraszamy ponownie.
Chcę już wychodzić, ale pan jeszcze pyta:
-Jak Pani trafiła? Drogowcy nas tak urządzili, że trudno tu wjechać.
No tak, po moim występie niełatwo uwierzyć, że mogłam tu trafić. A jednak cuda się zdarzają...
-Jakoś się udało. A wyjeżdża się tak samo?
-Tak, nie ma innej drogi.
I czy droga była odpowiednia czy też nie, udało mi się wjechać i wyjechać. W dowodzie pieczątka jest. Rok przeglądowego spokoju przede mną. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko płakać ze śmiechu. W końcu niecodziennie mam okazję robić z siebie błazna...