czwartek, 10 grudnia 2009

Jestem...

...I przysięgam, że już nigdy w moim życiu nie pojawią się postanowienia, których i tak nie mam zamiaru wprowadzić w czyn. Bo miałam być co najmniej raz na miesiąc... i co? Ilość postów mnie nie broni. Jedynie mgliste przeczucie, że mniej nie zawsze znaczy źle w moim przypadku.
...
A co robię skoro nie piszę?
Otóż po trzymiesięcznym okresie rezygnacji z pracy, kiedy to nie mogłam się zdecydować na żaden konkretny krok, mój szef (przetrzymujący moje 2 wypłaty!) załatwił sprawę za mnie, stwierdzając, że zatrudnianie mnie w grudniu jest nieopłacalne. No i fruuu. Albo raczej sru. Mam 1,5 miesiąca wolnego, oczywiście niepłatnego i żyję nadzieją, że moje kochane pieniążki któregoś dnia zapukają do drzwi. W międzyczasie sprzątam mieszkanie, oczywiście bez planu i zupełnie nie po kolei. Głowię się z czego zapłacić rachunki i raty, a w przerwach układam puzzle.
...
Jest jedna rzecz, która mnie cieszy, otóż to, że kiedy były szef zadzwoni w styczniu, powiem mu nie. Bo mam inną pracę na oku. A jak nie zadzwoni... trudno. I tak usłyszałby nie i chociaż będę się wściekać, że mój plan umarł śmiercią naturalną, jest tego dobra strona, utrata pracy stała się prologiem mojej książki. Zresztą mózg nie przyjmuje do wiadomości słowa "nie". Pomyśli, że z wrażenia słowa nie umiem wykrztusić.
Z tą książką to taki żarcik, mimo iż prolog powstał, dalsza część pozostanie już tylko w mojej wyobraźni. Chociaż, czasami czytam taką tandetę, że przy dobrych wiatrach i moje, spłodzone w pocie czoła, arcy dielo, miałoby szansę na wydanie. A może zaszczyci kiedyś swoją obecnością listę najlepszych selerów świata a potem wyląduje na cmentarzu zapomnianych książek gdzie zostanie odkryte przez kogoś kto odda mu swoją duszę... ok, może trochę się rozpędziłam.

Podsumowując. Jestem menedżerem ogniska domowego:)

No to wracam do sprzątania. Miłych porządków. A gdybym się nie pojawiła do stycznia:

Wesołych Świąt!!!

wtorek, 22 września 2009

Myśl kreatywna

Raz po raz słyszy się, że mężczyznę poznajemy nie po tym jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Ciekawe jak ma się to do kobiet. Tak czy siak, w ten sposób kończyć nie zamierzam, mimo iż milczenie jest złotem. W ogóle nie zamierzam kończyć.
Wypadałoby przynajmniej raz w miesiącu napisać coś czym można się podzielić. Nie wieczne biadolenie i takie tam bla bla jakie to życie jest do pupy.
To nic, że poziom mojego natchnienia wynosi zero, pracuję czasem do 22.00, jak nie pracuję w głowie hula mi wiatr, a na domiar złego dopadło mnie przeziębienie.
Mimo tych wszystkich kłód, niczym niestrudzony wędrowiec postanowiłam wyruszyć na poszukiwanie myśli kreatywnej....koniec września tuż tuż.
Dzień I
Co by tu napisać? hmmm...
Ale najpierw, dwugodzinne kazanie szefa. Boli mnie głowa. Olika rozstawiam po kątach. Dopiero wieczorem mogę skupić się na poszukiwaniu owej myśli, która razi mnie jak piorun i w jednej chwili stworzę arcydzieło. Ale nic z tego. Czytam więc dla zajęcia czasu "Wróżkę", którą na marginesie bardzo, bardzo lubię. "Duch nad materią" - artykuł o niejakim Jacku Schwarzu, holenderskim filozofie lat 60-tych i 70-tych, XX wieku, który włączał i wyłączał ból, blokował i odblokowywał krwawienie, a rany goiły się na nim w ciągu kilku godzin. Istny terminator, tyle że z krwi i kości. Dzięki ogromniej wyobraźni łatwo wprowadzał się w stan autohipnozy i potrafił zapanować nad swoim ciałem. Co ciekawe, 80% ludzi, też może to osiągnąć. Budujące, chyba, że należę do pozostałych 20%.
Tak czy owak, nie zamierzam poruszona chwilą, wbić sobie pręta w biceps, wyobrażając sobie, że to poręcz fotela. Co to, to nie.
Ale, że nie mam kataru i gorączki...dlaczego nie?
Powtarzam więc swoją mantrę....jestem zdrowa, swobodnie potrafię oddychać..i tak w kółko. Do tego wizualizacja mnie samej jako zdrowej, pełnej życia istoty i...kichnęłam tylko raz. Jest postęp.
Szkoda marnować pozytywną energię. Wmawiam więc sobie, że w nocy przyśni mi się rozwiązanie wszystkich problemów, a sen zapamiętam. To już chyba wpływ książeczki dla nastolatków. Trzy strony na krzyż, zero literackiego języka, za to wciągająca historia o kontrolowaniu snów. Zzzzzz
Dzień II
Snu nie pamiętam. Ale dam sobie paznokieć uciąć, że faktycznie coś mi się śniło. I na pewno był to jeden sen. No właśnie, tylko o czym.
Wieczorne praktyki mają konsekwencje w postaci przymusowego oczyszczania organizmu. Magiczne 10 000 godzin chyba i tu ma zastosowanie. Spróbuję więc raz jeszcze, ale rozważniej. I nie dzisiaj, bo mam wolne od autohipnozy.
Sobota jest. Sprzątam, gotuję, piorę. Po obiedzie karmię psa, bawię się z nim, kąpię go i łaskocze piórkiem, obrabiam pole, piekę ciasteczka w fabryce, łowię ryby i gram w kółko krzyżyk. Żeby nie było, NIE JESTEM TERMINATOREM. Wszystko to robię metodą klik klik i po krzyku. Jak Facebook nie zniknie, stracę palec wskazujący. No ale, mam jeszcze drugi...zresztą, zawsze mogę sprawić, że mi odrośnie.
Nadal nie znalazłam myśli kreatywnej.
Zzzzzz
Dzień III
Poza padniętym akumulatorem i nieudaną wycieczką z powodu w/w delikwenta dzień jak to niedziela, leniwy. Z tego lenistwa nawet nie pamiętam co robiliśmy.
Wieczorem winko i jakiś lekki serial. Stop! Replay. Wieczorem winko i mecz koszykówki. W końcu mieszkam z miłośnikiem sportu.
Czytam "Odnowę". Grudniową. Bo "Odnowa" umarła chyba. A szkoda.
Czytam, czytam..i podpisuję ze sobą cztery umowy:
1. Szanuję swoje słowo
2. Niczego nie biorę do siebie
3. Niczego nie zakładam z góry
4. Robię wszystko najlepiej jak potrafię
I bez analizy tym razem. Bo nie zakładam niczego z góry.
I najlepiej jak potrafię obejrzałam "The jacket".
Jedyny słaby punkt filmu to tendencyjny polski beznadziejnie płytki tytuł, którego nie podam. Film trzeba zobaczyć. Pomaga wyśnić swój własny sen.
A myśl kreatywną, cokolwiek to jest, w końcu odnajdę. Zapewne w sobie samej.
Bo na początku był chaos.

środa, 19 sierpnia 2009

Jej wysokość jędza pospolita!

Mam nadzieję, że wyjdzie krótko.

Ostatnio myślę i wyrażam myśli używając łaciny podwórkowej. Nikt raczej nie miałby ochoty tego czytać. Zwłaszcza, że w/w języka wszędzie aż nadto.
Przydałaby mi się chwila prawdy, miażdżąco-oczyszczającej, zostawiającej po sobie krwawe ślady na zawziętym obliczu egocentryzmu.
Ostatnimi czasy nie robiłam nic poza narzekaniem, zwłaszcza na męża, który właściwie niczym sobie na to nie zasłużył. Plułam na wszystko i wszystkich obwiniając cały świat za marazm, który mnie dopadł. Cały świat prócz siebie. Bo jakim cudem to ja mogłabym być winna, że siedzę w gównie? Przecież sama w to gówno nie wsiadłam, tylko gówno usiadło na mnie. No właśnie. Tego typu myślenie sprawia, że jestem jędzą na jędzami i zasługuję na chłostę. W momencie, kiedy stwierdziłam, że czas zrobić coś dla siebie... zapomniałam o innych. I stałam się egoistką przez duże E.
Niestety mam tendencje do popadania ze skrajności w skrajność. A co gorsza, do deptania innych, żeby przez chwilę stanąć wyżej i poczuć się lepiej. Ot cała prawda!
A do tego jestem paskudnym leniem, mam słomiany zapał, skłonności do uciekania w świat fantazji i zapominania, że to co dla mnie ważne, niekoniecznie jest mi dane na zawsze!I jeszcze jedno: też do jasnej cholery nie mam planu na plan;)
Kto ma ochotę, proszę się wyżywać. Pozdrawiam

PS Kochanie, Kocham Cię i zastanawiam się, jakim cudem nadal mnie znosisz...

wtorek, 21 lipca 2009

Dzień radosnej twórczości


Większość dnia spędziłam w dziecięcym pokoju. Oto rezultat:)

poniedziałek, 13 lipca 2009

Ale kanał!

Poniedziałek. Mam samochód z pustym bakiem i bez przeglądu. Wrrr! Czy to znaczy tyle co: "Siedź babo w domu!"?
Wstyd się przyznać, ale na przeglądzie nigdy nie byłam. Bo i po co? W końcu to męska rzecz miała być w tym domu. Mój mąż tymczasem postanowił nie zawracać sobie głowy takimi bzdurami.
W zeszłym roku rezultat tej niezawracanej głowy to 3 miesiące jazdy na waleta.
W tym roku 3 dni.

Oświeciło babę więc wsadza tyłek za kierownicę i jedzie na stację kontroli pojazdów.
Brrruuuuuuum...
Ale że baba potrzebuje wspieraczo-oklaskiwacza, dzwoni po ciotkę.
- Halo ciotka. Zbieraj się. Jedziemy badać auto. Przyda mi się wsparcie!

Jedzie baba z ciotką na stację kontroli pojazdów. Brruuuum...
Stacja jest tam gdzie była. Tylko droga jakaś nie ten tego. Objazdy, remonty, remonty, objazdy i żółta tablica na horyzoncie "wjazd".
-Ciotka! Gdzie mam wjeżdżać?? Przecież tu się nie da!
-Dawaj przez ten próg!
-Nie zdążę! Za mną jedzie tir!...K...
Pierwsze podejście nieudane. Po wypowiedzeniu wszystkich znanych przekleństw baba i ciotka postanawiają zrobić kółko i spróbować jeszcze raz zmierzyć się z tajemniczym wjazdem.
-Myślisz, że dam radę przez ten próg?
-Dawaj, tylko powoli.
Za babą nic nie jedzie. Co za ulga. Drugie podejście udane.

Stawiam auto 3 metry przed kanałem. Podchodzi miły starszy pan.
-Przeglądzik?
-Eee, przegląd. Tak, tak.
-Dowodzik proszę.
Buszuję w torebce i po minucie wyciągam dowód rejestracyjny.Dobra nasza, nie wyciągnęłam dowodu osobistego.
-Proszę.
-Dziękuję. A teraz proszę wsiąść do samochodu i opuścić szybę.
Pan pofatygował się za samochód i czeka.
Wsiadam, naciskam na guziczek i nic. O nie, zepsuło się. Nie chce się otworzyć! Naciskam z szybkością kałasznikowa jeszcze 15 razy. Nic. I co teraz? A może by tak śrubokrętem? Albo drzwi uchylę? Pan zaczyna iść w moim kierunku. I nagle mnie oświeciło. Przekręć babo kluczyk w stacyjce! Przekręcam, naciskam guziczek, szyba opada, pan patrzy...
-Spokojnie proszę pana, musiałam przekręcić kluczyk, to trochę trwa.
-No dobrze. Proszę włączyć światła pozycyjne...mijania...prawy migacz...lewy...światła przeciwmgielne przednie i tylne, aaa, co? gdzie to jest? nie jeżdżę w czasie mgły to nie wiem...
-przepraszam, a gdzie są te światła?
Rozbawiony pan podchodzi, czymś tam kręci, coś sprawdza to z tyłu to z przodu. Kurde a myślałam, że tego lepiej nie ruszać. Potem pikuś. Hamulec nożny, ręczny, bieg wsteczny i takie tam.
-Teraz proszę otworzyć maskę.
Cholera, gdzie to się otwierało? Gdzieś tu musi być coś do pociągnięcia. Wiem. W skrytce. Otwieram skrytkę, szukam...nic. No przecież to musi tu być!!! Ciotka zwiesza się przez moje plecy, gmera pod kierownicą i krzyczy:
-To musi być gdzieś tu!
Powstrzymujący parsknięcie pan podchodzi, otwiera drzwi i ciągnie za coś czarnego przy progu koło mojej nogi. Pyk. Maska w górę. Aaaa, tu to jest.
Myślę sobie. Gorzej być nie może, chyba że pan pęknie ze śmiechu i napaskudzi mi na tę maskę...o nie. To chyba jakiś żart. Mam wjechać na kanał?

Pan widząc przerażoną minę baby sam usiadł za kierownicą z ciotką po prawicy i na kanał wjechał.

Stoję sobie, patrzę, a tu kałuża. Przed chwilą tam stał mój samochód. Schylam się, badam wzrokiem ciecz...hmm, wygląda mi to na wodę.
-Coś cieknie? - woła pan
-Nie, nie. To już tam było.
-Raczej cieknie.
-Nie, nie. To tylko woda. Na pewno nie z mojego.
-Nic takiego. Klimatyzacja.
-Czyli to normalne?
-Tak
-Ja tam się nie znam.
Całe szczęście. Bo myślałam, że z pieczątki w "dowodziku" nici. Ale skoro to normalne...
Pan coś tam jeszcze posprawdzał, wyprowadził samochód i zaprosił do biura. Zapłaciłam. Pieczątka jest? Jest!
-Dziękuję, do widzenia.
-Proszę bardzo. Zapraszamy ponownie.
Chcę już wychodzić, ale pan jeszcze pyta:
-Jak Pani trafiła? Drogowcy nas tak urządzili, że trudno tu wjechać.
No tak, po moim występie niełatwo uwierzyć, że mogłam tu trafić. A jednak cuda się zdarzają...
-Jakoś się udało. A wyjeżdża się tak samo?
-Tak, nie ma innej drogi.

I czy droga była odpowiednia czy też nie, udało mi się wjechać i wyjechać. W dowodzie pieczątka jest. Rok przeglądowego spokoju przede mną. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko płakać ze śmiechu. W końcu niecodziennie mam okazję robić z siebie błazna...

wtorek, 7 lipca 2009

Ponad przeciętna

Nie mam ostatnio natchnienia. Może dlatego, że błądzę gdzieś myślami.
4 grube wampirze tomiska zawładnęły moją rzeczywistością...

Z moich obliczeń wynika, że każdą książkę czytałam ok 8 godzin, co daje trochę ponad 1 stronę, czyli ok 300 słów na minutę.
Dzięki tej lekko naciąganej teorii mój wynik mieści się w granicach powyżej przeciętnej.

Żeby nie popaść w samozachwyt zrobiłam sobie test szybkości czytania (http://szybkanauka.net/test-szybkosci-czytania)

Mój wynik 293.1506 słów na minutę

Interpretacja wyniku
Poniżej 200 słów/minutę - poniżej przeciętnej
Od 200 do 250 słów/minutę - przeciętna prędkość
250-400 słów/minutę - powyżej przeciętnej
Powyżej 400 słów/minutę - szybkie czytanie
źródło: http://szybkanauka.net/test-szybkosci-czytania

A wydawało mi się, że czytam z prędkością jedno słowo na minutę. A tu proszę, raptem 40 słów więcej w ciągu minuty czyni mnie ponad przeciętną.

Dlaczego w takim razie do jasnej cholery już drugi miesiąc z rzędu NIE dostałam wypłaty?!

Jeszcze trochę i zostanie mi tylko moja ponadprzeciętnośćczytelnicza. Jedno nijak ma się do drugiego, ale motywacja wciąż spada, a frustracja rośnie.

Żeby nie popaść w monotematyczność, przytoczę wierszyk, który znalazłam dzisiaj przeglądając stare zeszyty. Napisany przez pewnego wojaka, podróżującego ze mną w jednym przedziale na trasie Poznań - Wrocław:

"Siedziałaś obok mnie patrzyłem
Tobie w oczy
Dzień z Tobą i wieczór był
taki uroczy
Chciałem Ci powiedzieć tyle
miłych słów
Lecz za dużo do słuchania
było głów
Ma nieśmiałość względem
Ciebie przekraczała granice
Lecz ja wiedziałem że w jednym
wagonie z Tobą to wspaniałe życie
Nic mi nie powiedziałaś o
sobie
Ale ja patrząc w Twe oczy
wiedziałem wszystko o Tobie
O takiej kobiecie jak Ty mógłbym
tylko marzyć
Chciałbym w przyszłości taką
kobietę miłością darzyć
Nasze drogi biegną teraz w
innym kierunku
Lecz ja z całego serca życzę
Ci powodzenia lecz
Przykro mi ale bez pocałunku!"

Autor: Bartuś!


Nigdy więcej go nie spotkałam:)
Tylko dzieło wielkiego formatu kartki z notesiku zachowałam na pamiątkę.

czwartek, 25 czerwca 2009

O wyższości skały nad klawiaturą

Zafascynował mnie od pierwszej stronicy...

Początkowo wzbraniałam się. O Wstydzie! Mam czasem takie zapędy, żeby kreować się na miłośniczkę ambitnej literatury czy też kina. I jestem nią oczywiście, co nie zmienia faktu, że nałogowo oglądam głupkowate filmy i czytam wszystko co wpadnie mi w ręce.
A parę dni temu wpadł "Zmierzch".
I tak stał sobie na półce, a ja się zastanawiałam. Sięgnąć? Zignorować?

Wczoraj o adekwatnej godzinie 00:00 zaczęłam czytać.
Myślałam sobie: Cholera! Dialogi poziomu szkolnego, a na domiar złego tajemnica, obdarta z wątłej osłony, stoi przede mną naga, na wyciągnięcie ręki. Wystarczy wbić kły i spijać krew.
Ale czytałam dalej, aż wewnętrzne napięcie osiągnęło pułap pulsującej powłoki, w głowie szumiało, a każde kolejne słowo pochłaniał łapczywie rozdygotany umysł.
Jak to?
Przecież przed chwilą wymagałam od siedemnastolatki literackiego języka, a od sytuacji zdecydowanie większego dramatyzmu.
Tylko po co?
Podświadomie odnalazłam dramatyzm, tajemnicę i cały ogrom uczuć, o których zdążyłam gdzieś po drodze zapomnieć.
04:30! aaaaaaaaaaa
Z rozpaczą zatrzymałam się w połowie drogi. Za oknem już jaśniało kiedy usiłując zasnąć, usłyszałam płacz małej. Wzięłam ją do siebie, a ona dotknęła mojej twarzy małymi rączkami i uśmiechnęła się. W tym też tkwi jakaś tajemnica, pomyślałam...i zapadłam w sen.

Dzisiaj z powodzeniem mogłabym wstąpić w szeregi wampirów. I zastanawiam się, dlaczego aż tak pociąga nas to, co nieodgadnione, nieosiągalne, mroczne, nadludzkie...
Bo, że pociąga, nie mam wątpliwości. Najbardziej pragnie się tego, czego nie można mieć. I jakoś tak, dziwnym sposobem, wampir pijący ludzką krew staje się bardziej bliski naszemu sercu, niż sąsiad terroryzujący nas od tygodnia walką wiertarki z betonem.
O nie. Nie mam zamiaru snuć niekończących się wywodów na temat powyższy. Panie od Polskiego, powtarzały mi jak jeden mąż, po każdym tworzonym w pocie czoła wypracowaniu "Pytanie bez końca z bolesnym brakiem odpowiedzi". Może dlatego, że za najbardziej przyjazny znak interpunkcyjny uważałam pytajnik?
Mam pytajnik i nie zawaham się go użyć!
Zmierzam do tego, że na koncie mam sporo książkowych bądź kinowych fascynacji.
"Saga o Ludziach Lodu" na przykład. Czytana jednym tchem na przemian z materializacją Godota w postać żółtego Garbusa. Kto czytał, wie, że na kolejne części trzeba było czekać...oj bolesne to było czekanie.
Życiem Ludzi Lodu zachłysnęłam się na tyle, że zwykłam nazywać się Vingą, a młodzieńców z moich snów przyoblekałam w mroczne tajemnice, czy też moce magiczne maści wszelakiej. Miałam całe 15 lat!
Po drodze spotkałam całą masę wampirów, elfów, krasnoludów, ogrów, czarownic, upiorów, ufoludków i innych magicznych stworzeń, do których pałałam miłością szaloną.
A wczoraj dowiedziałam się, że taka miłość nie mija.

Czy jest tu jakikolwiek sens? No właśnie. Wróćmy do początku. Klawiatura, jak wcześniej długopis i papier, pozwala wyrzucać z siebie myśli z zawrotną szybkością. Może nie z taką, jak wydostające się z nosa powietrze w czasie kichnięcia, ale zawsze więcej można spłodzić niż kując w skale.
Tyle, że w skale wykułabym wczoraj jedno obleśne słowo na k z wykrzyknikiem, obrazujące dosadnie stan moich uczuć! I chyba byłabym zadowolona.
A tak, klik, klik, klik...i ciągle czuję niedosyt. A niedosyt, to nic innego, jak drugie imię Edwarda.